Alfabet Futbolowego Globtrotera. Ś jak Śląski Stadion

Kocioł czarownic. Nasze Wembley. Miejsce dla polskiego futbolu legendarne i magiczne. Nie za mojej kadencji, ale zawsze…

HDP-RGOL-640x120

Byłem trzy razy. Sprawiedliwie – po razie wygrana, remis i porażka. Polska – Italia w 1997 roku (0:0), Polska – Anglia w 2004 (1:2) i Polska – Belgia w 2007 (2:0).

Polska – Włochy. To wtedy Paweł Skrzypek przykrył czapką Gianfranco Zolę. Skrzypek porządny chłop się zdawał, chociaż ponoć podczas rehabilitacji porzucił żonę i dzieci dla jakiejś zołzy. Ta rehabilitacja, jak wiele innych, odbywała się w Szczecinie. Tam jest chyba coś w powietrzu.

Wyjazd taki sobie, podczas drogi na Śląsk chyba po raz pierwszy widziałem kibiców palących marysię. Cała starszyzna waliła z wiadra jak Pan Bóg przykazał. Zdziwiłem się, gdyż wcześniej myślałem, że narkotyki są dla studentów i pedałów. Właściwie to na jedno wychodzi…

Gdy dotarliśmy na stadion, okazało się, że nasze miejsca zajął GKS Tychy czy inna Polonia Bytom. Mieli takie trójkolorowe kominiarki, więc wiadomo: pan tu nie stał. Zaczęły się bitwy i gonitwy. Potem, po meczu, na jakimś dworcu czekamy na wynajęty pociąg specjalny, a w środku niespodzianka. Umościli sobie miejsca nasi przyjaciele zza między, czyli Arka Gdynia, którzy, trzeba im przyznać, byli wówczas w życiowej formie.

Ale że wszyscy byli już zmęczeni – do środkowego wagonu wsiadły też psiaki – my z jednej strony, śledzie w galarecie z drugiej i jazda do domu. Ktoś nam nawet próbował biegać na którymś przystanku, ale bez przekonania, i podróż minęła w miarę spokojnie…

Jeśli czegokolwiek żałuję, oprócz niewybrania się na MŚ do RPA w 2010 roku (miałem właściwie wszystko podane na tacy, wraz z przesiadką w Nairobi – nic tylko się spakować i jechać. Aha, jeszcze zapłacić. No i modlić się, żeby po powrocie walizki wciąż stały na swoim miejscu), to właśnie tego, że nie byłem na meczu Polska – Anglia w 1993 roku. Takiej dawki przemocy i ekstremalnych przeżyć nie dawali już chyba później. Chociaż o moich osobistych przygodach z przemocą, będzie już pod następną literą.

Byłem za to na meczu w roku 2004, gdy Arkadiusz Głowacki zdobył pięknego gola samobójczego i po raz kolejny udowodnił, że trawa przy nim nie rośnie.

Na mecz wybrałem się z zakładową wycieczką organizowaną przez jeden z… tczewskich zakładów pracy. Zbiórka była o piątej rano w Tczewie, a już o 5:15 część wycieczkowiczów wołała siku. To ci, którzy nie leżeli jeszcze pod fotelami. Pozytywnie wyróżnił się w tym zakresie niejaki Fazi z Tczewa, który by nie przegapić żadnej z kolejek, kieliszek trzymał na smyczy zawieszonej razem z komórką na szyi.

Na murawie wyróżnił się za to Grzegorz Rasiak, który wówczas pozostawał bez klubu, ale i tak był ulubieńcem trenera Janasa.

– No panowie, teraz czas by wyróżnić najlepszego piłkarza dzisiejszego meczu. Wstań, Grzegorz, jak do ciebie mówię…
– Wujku, przestań. Przecież ja nawet nie wstałem z ławki…

I wreszcie pierwszy w historii awans do finałów Euro. Belgijscy goście, z którymi spotkałem się Warszawie byli w szoku, że tyle się jedzie PKP ze stolicy do Katowic. Było to jakieś sześć godzin, u nich przejechałoby się cały kraj i z powrotem.

Nie ukrywam, że dałem się ponieść „Leomanii”: na wiadukcie koło dworca w Katowicach dorwała mnie jakaś telewizja, sprytnie podpuściła i zacząłem naszego Holendra wychwalać, co potem zamieszczone zostało na płycie pt. „Droga do Wiednia” dołączonej do „Przeglądu Sportowego”.

Wówczas w katowickim „Novotelu” zebrała się cała śmietanka polskiego futbolu. Byli Szaranowicz ze Szpakowskim, trzymający się pod pachy, był Listek z cygarem, był Lubański udzielający wywiadów, był Materna, ale bez Manna, byliśmy również i my. Było upiornie zimno, na szczęście szwagier przemycił na stadion „łychę” w kapturze, którą zresztą częstowali się odśnieżający trybunę żołnierze.

Po latach wyrzeczeń, wyjazdów na przegrane mecze i wygrane wakacje czekała wtedy w „Novotelu” nagroda w postaci półminutowej rozmowy z Jackiem Gmochem. Gdzieś zagubiłem zdjęcie ze Szczęką, mam za to z Gibonem.

Po wysiadce na pięknym dworcu w stolicy Śląska Belgowie się porozłazili: jeden poszedł robić zdjęcia do wietnamskiej knajpy koło katowickiego dworca, drugi na obiad z jakąś poznaną w pociągu laską. Niestety podczas konsumpcji ojciec tej dziołchy dzielnie dotrzymywał im towarzystwa, siedząc za oknem. Gdzie? W aucie! Jeszcze inny – ten nie miał biletu – odnalazł się dopiero podczas meczu. Jak nas znalazł na śląskim gigancie? Nie wiem, pewnie po śladach. Z cztery kontrole biletowe przeszedł udając, że nic nie rozumie.

Mimo ujemnej temperatury Ebi zdobył dwa gole i byliśmy w euforii. Co było potem, to wiadomo. Prater i życiowy występ Mariusza Jopa (KLIKNIJ).

Śląski nie jest stadionem z marzeń, bardziej mi pasuje do żużla niż do piłki, ale i tak szkoda, że aktualnie nie ma pomysłu co z nim zrobić. Przejeżdżałem kiedyś i coś tam grzebano. Już nie będę komentował pomysłu pomalowania go w barwy żółto-niebieskie. Sam jestem zwolennikiem szerokiej autonomii dla władzy lokalnej, ale na razie Śląsk jest chyba w Polsce…

Także wyjazdy dość prozaiczne, ale i tak fajniejsze niż mecz Polska – Anglia na Stadionie Narodowym w roku 2012. W Chorzowie przynajmniej rozegrano mecze. Wtedy do Warszawy zabrałem moją najstarszą pociechę, żeby zobaczył stadion, zresztą sam chciałem go obejrzeć. Oczywiście bardzo mocno zlał nas deszcz, wchodzimy na stadion…

– Jak się czujesz Kuba?
– W porządku, tylko chyba mi ryby w butach pływają…

MACIEJ SŁOMIŃSKI

Artykuł pochodzi ze SLOWFOOT.pl

Pin It